Reklama

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 17. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 17. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2018

Komputer wyznaczył datę końca świata. Do tej pory jego prognozy się sprawdzały



Czy największy komputer świata mówi prawdę?
Jeśli tak to między 2040 a 2050 rokiem ma nastąpić koniec świata.


Po niedawnych informacjach związanych z końcem świata w związku z asteroidą Bennu, która miała rozbić się o powierzchnię Ziemi, świat obiegła kolejna teoria. W latach 70. Klub Rzymski poprosił grupę naukowców, którą dowodził Jay Fottester, aby opracowała model globalnego rozwoju. Miał on nadzorować i alarmować nie tylko o globalnych zagrożeniach, ale również o zagrożeniach dla środowiska naturalnego. Projekt ostatecznie bardzo się rozwinął i zyskał miano „World One”.



Koniec świata jest bliski?
To właśnie z jego wyliczeń wynikało, że koniec świata zbliża się wielkimi krokami. Powodem ma być rosnące w zastraszającym tempie zanieczyszczenie środowiska. Teraz o przerażającej prognozie przypominają m.in. zachodnie media. Czy faktycznie mamy się czego obawiać? Wiele wskazuje na to, że tak.


Komputer do tej pory był nieomylny
Projekt „World One” opierał się na kilku czynnikach. Zaliczamy do nich: poziom zanieczyszczenia środowiska, dostępność zasobów naturalnych, wzrost liczby ludności czy jakość życia na Ziemi. Czy przewidywania komputera sprzed blisko 50 lat, pokrywają się z rzeczywistym stanem zasobów naturalnych? Jak się okazuje, tak!

Prognoza projektu nie wzięła się znikąd
Niepokój wzbudza fakt, że program komputerowy do tej pory był nieomylny. Wskaźniki obliczeń, do których możemy zaliczyć m.in. wskaźnik stagnacji jakości życia czy poziom zasobów naturalnych, były jak najbardziej trafione. Wiele osób nie bez powodu obawia się więc, że najczarniejszy scenariusz dotyczący końca świata również może pokryć się z rzeczywistością.






Zanieczyszczenie środowiska zbierze śmiertelne żniwo
Około 2020 roku stan planety będzie powszechnie uważany za „krytyczny”, a to z kolei będzie niosło za sobą bardzo poważne konsekwencje. Jeśli nie zostanie z tym nic zrobione, jakość życia drastycznie spadnie, a ostatecznie zacznie zbierać śmiertelne żniwo – tak przynajmniej uważali naukowcy w latach 70. Z czasem będzie umierać coraz więcej ludzi, co w konsekwencji doprowadzi do tego, że światowa populacja będzie mniejsza niż 100 lat temu. Jak wynika z obliczeń największego na świecie komputera, jeśli nic się nie zmieni, około 2040-2050 roku nasza populacja po prostu przestanie istnieć.



Matka i córka wydały 250 tys. złotych, aby upodobnić się do siebie. Wciąż nie są zadowolone



Georgina i Kayla z Wielkiej Brytanii „wszystko robią razem”. O ile ta informacja sama w sobie wydaje się już być dość kontrowersyjna, o tyle fakt, że chcą wyglądać tak samo, jest jeszcze bardziej szokujący. Matka i córka wydały już w sumie ćwierć miliona złotych, aby jak najbardziej upodobnić się do siebie. Niebotyczną sumę pieniędzy przeznaczyły m.in. na operację piersi, opalanie, ostrzykiwanie ust, przedłużanie włosów, paznokcie, wybielanie zębów, wypełniacze policzków, botoks i makijaż permanentny. Jak więc widać, przemianie poddały niemal całe swoje ciała.


Obie chcą jak najbardziej upodobnić się do angielskiej modelki
Zarówno matka jak i córka podczas swojej metamorfozy wzorują się na urodzie osoby trzeciej, która od zawsze była dla nich ideałem piękna. Mowa tutaj o angielskiej modelce Katie Price. Widzicie jakiekolwiek podobieństwo?



Z czego finansują swoją metamorfozę?
20-letnia Kayla otwarcie mówi, że od 17. roku życia pracuje jako striptizerka i wcale się tego nie wstydzi. Zaznacza, że w klubie poznała mężczyznę, który dawał jej pokaźne kieszonkowe. Otrzymywane od niego pieniądze przeznaczała natomiast na majtki i kosztowne operacje plastyczne. Pierwszą z nich, która polegała na powiększeniu piersi, przeszła już w wieku 18 lat. Od tamtej pory jej biust niemal bez przerwy zmieniał rozmiar.



Co na to jej mama?
Jak się okazuje, nie ma nic przeciwko. Kompletnie nie przeszkadza jej to, że Kayla ma sponsora i rozbiera się dla napalonych mężczyzn. Jeśli w ten sposób ma zarobić na zabiegi, a w konsekwencji wyglądać tak, jak tego pragnie, to jak najbardziej akceptuje to, co robi córka.



Przed nimi kolejne operacje
Choć obie już praktycznie w niczym nie przypominają siebie sprzed lat, okazuje się, że operacjom plastycznym nie ma końca. Już pod koniec roku kobiety mają poddać się wszczepieniu implantów pośladków i kolejnemu powiększaniu ust oraz piersi. Wiadomo również, że Kayla szuka już nowego sponsora. Powód? Jak się okazuje umowa z poprzednim już jest nieaktualna, bo o wszystkim dowiedziała się jego żona. No cóż, z pewnością nie była z tego powodu zadowolona.


Poszedł popływać w morzu ze swoim psem. Po wyjściu z wody przeżył prawdziwe piekło



65-letni Ibrahim Fwal bardzo kochał zwierzęta i postanowił zaadoptować psa.
Kiedy pies zniknął Ibrahim nie był w stanie pogodzić się ze stratą i cały czas go szukał.



Mężczyzna odkąd pamięta był zawsze miłośnikiem zwierząt, dlatego swojego czworonożnego przyjaciela wziął ze schroniska. Nie wyobrażał sobie, że mógłby zrobić inaczej.

W rodzinnym mieście znajdowało się schronisko, z którego Ibrahim wziął owczarka niemieckiego. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Rocky nigdy nie zapomniał o tym, ile ciepła i miłości dostał od Ibrahima. Pokonał ponad 600 kilometrów, aby trafić do swojego przyjaciela. Co za historia!



Swojego czworonożnego przyjaciela nazwał Rocky. Od razu stali się najlepszymi kumplami.




Rocky był bardzo kochającym psem, który zawsze wiernie podążał za swoim właścicielem, który traktował go jak syna. Wszędzie razem podróżowali, nawet nad morze. Tego pamiętnego dnia Ibrahim postanowił, że ze swoim psim przyjacielem wezmą kąpiel w morzu. Zabawom nie było końca, ale gdy mężczyzna chciał wyjść z wody, zauważył, że u jego boku nie było owczarka.

Ibrahim wpadł w panikę i zaczął szukać rozpaczliwie swojego towarzysza, ale niestety nigdzie go nie mógł znaleźć.



Szukał nawet w okolicznych schroniskach, ale niestety bez żadnego skutku… Podczas ostatniej próby szukania przyjaciela na plaży, grupka ludzi powiedziała, że widziała, jak pies został porwany. Zjawisko to jest niestety powszechne. Ibrahim był załamany.

Jak się później okazało Rocky uciekł swoim oprawcom. Szybko znalazł nowy dom w Salerno, gdzie zaopiekowała się nim nowa rodzina.



Niestety pies ciągle im uciekał i był niespokojny. Jego nowi właściciele bardzo go pokochali i nie chcąc go stracić na zawsze, zapisali numeru telefonu na jego obroży. Chcieli się w ten sposób zabezpieczyć w razie jego kolejnej ucieczki.



Rocky nie przestawał wymykać się z domu, mając pewnie cały czas nadzieję, że odnajdzie swojego pierwszego właściciela.



Podczas ostatniej wyprawy przebiegł z północnej do południowej części Włoch ponad 640 kilometrów. Kierował się sercem i instynktem, które podpowiadały mu, co ma robić. Niestety przez tak długą trasę jego łapy były w opłakanym stanie.

Na błąkającego się psa natrafił człowiek, który zadzwonił pod numer, znajdujący się na jego obroży.



W międzyczasie zwierzę trafiło do weterynarza, który znalazł na jego ciele tatuaż, który Ibrahim wykonał mu, jak Rocky był mały. Dzięki temu po 3 latach i ponad 600 przebytych kilometrach, pies trafił do swojego pierwszego właściciela.

Ibrahim nie mógł uwierzyć, że po tylu latach odnajdzie swojego przyjaciela.



Wystarczyło tylko, aby Ibrahim powiedział jedno zdanie, a Rocky od razu poznał swojego właściciela.

Spotkanie było niesamowicie wzruszające.




Lojalność, wierność i przyjaźń to uczucia, przed którymi nie można uciec i ich zapomnieć.


Poszła do spowiedzi i wyznała grzechy. Ksiądz wydarł się tak, że wszyscy go słyszeli


Jola to 50 letnia kobieta pochodząca z Katowic. Zawsze powtarzała, że jest ona wierząca i jej życie opiera się na tym co mówi Biblia.  Jednak pewnego dnia stało się coś co bardzo wzburzyło kobietę,  zraziła się do księży i do całej „formalnej” części, którą oferują w tej chwili wierzącym księża. To, co ją spotkało, opisała w liście do naszej redakcji.

„Piszę to, aby inni może zrozumieli w końcu, że nikt nie ma prawa nas oceniać. To, jak zostałam potraktowana w czasie spowiedzi, jest nie do opisania”
Poszła do spowiedzi i wyznała grzechy. Ksiądz wydarł się tak, że wszyscy go słyszeliUdostępnij
To wydarzyło się 25 lat temu, tuż po tym, gdy na świecie pojawiła się moja najdroższa Justynka. Poród był naprawdę ciężki i lekarze walczyli o to, abym przeżyżyła. Przeszłam dwie reanimacje, mój stan był ciężki. Przez 3 tygodnie nie wstawałam z łóżka, a córką opiekował się mąż, któremu do dziś za to ogromnie dziękuję.


Gdy lekarz wszedł do mnie do sali ze smutną miną, byłam przekonana, że coś stało się z moją córeczką. Serce myślałam, że mi zaraz wyskoczy z klatki. On podszedł do mnie i jakby czytając mi w myślach, powiedział: „Wszystko w porządku z Justynką. Jutro pani będzie mogła z nią wrócić do domu. Jednak jest coś, co muszę pani powiedzieć. Nigdy nie będzie pani mogła mieć już dzieci”.

ZAMARŁAM. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Łzy napływały mi do oczu i czułam, że zaraz wybuchnę płaczem. Wyszedł po chwili i zostawił mnie samą z tą myślą. Byłam załamana, bo bardzo chciałam mieć dużą rodziną, to było moje marzenie. Wróciłam do domu, zaczęłam opiekować się Justynką, oddałam jej się w całości.

Przeżyłam to ogromnie i przez chwilę odwróciłam się od Boga. Gdy po kilku miesiącach znów zaczęłam chodzić do kościoła, poszłam do spowiedzi, bo czułam taką ogromną potrzebę, aby wyrzucić z siebie cały ten ból i porozmawiać z kimś, kto mógłby mi pomóc.


Weszłam do konfesjonału. Zaczęła się spowiedź, która była moją ostatnią. Ksiądz zaczął mnie pytać o wiele szczegółów z mojego życia po czym zapytał, ile mam dzieci. Odparłam, że jedno i po chwili chciałam powiedzieć, że dopiero jestem po porodzie i w sumie, dlatego też pojawiłam się na spowiedzi, ale proboszcz nie dał mi nawet szansy na to, aby mogła dokończyć. Zaczął prawie krzyczeć: „Co? Stać cię na prezerwatywy, a nie stać cię na to, aby wyżywić kolejne dziecko? Obowiązkiem kobiety jest rodzić! I ty się uważasz za katoliczkę?! Nie dam ci rozgrzeszenia!”

Wybiegłam stamtąd zapłakana i obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie wrócę do tego miejsca. Nie wrócę tam, gdzie tak traktuje się ludzi, nie dając im nawet szansy na to, aby mogli się zwierzyć i WYSPOWIADAĆ. Jak taki człowiek ma uczyć wiary, jak nie ma jej za grosz w sobie? Od tego zdarzenia minęło 25 lat, a ja dalej trzymam się swojego postanowienia. Jestem dobrym człowiekiem. Spowiadam się przed Bogiem i wierzę w niego, ale nie w kościół.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Na zewnątrz 30 stopni, do autobusu wsiada matka z wózkiem. Kierowca: albo pani wysiada, albo nie jadę dalej


Pewien mężczyzna był świadkiem sytuacji, która według niego nie powinna się w ogóle wydarzyć. Postanowił opowiedzieć tą historię światu.

Opisał, że na jednym przystanku wsiadła matka z wózkiem dziecięcym, ale kierowca kazał jej wysiąść, bo w pojeździe były już dwa wózki. W internecie zawrzało, a ZTM tłumaczy, że kierujący miał do tego prawo.

Do sytuacji miało dojść na warszawskiej Białołęce w autobusie linii 140. Wszystko opisał jeden z pasażerów - pan Rafał na grupie Białołęka - Platforma Sąsiedzka.

Kierowca wyprosił matkę z dzieckiem

Pan Rafał jechał autobusem 140 w zeszły wtorek. Panował upał - co najmniej 30 stopni. Na jednym z przystanków do pojazdu wsiadła kobieta z wózkiem, w którym było dziecko.

Pani wsiada do upragnionego busa, bo gorąco niemiłosiernie. Nagle słyszy od kierowcy... albo pani wysiada, albo nie jadę dalej. "Są już dwa wózki, więcej nie zabiorę" - opisuje sytuację mężczyzna.

Klimatyzacja w komunikacji miejskiej. Na zewnątrz 33 stopnie, a w autobusach? Sprawdziliśmy to
Zdaniem pana Rafała pomimo tego, że w autobusie były już dwa wózki dziecięce, nadal było w nim sporo miejsca. Pasażerka z trzecim wózkiem na pewno by się zmieściła. Mimo to ostatecznie opuściła pojazd.

Pani z żalem i po kilku ch.. rzucanych przez pasażerów w stronę kierowcy, wysiada - relacjonował pasażer.

Miał do tego prawo?

Historia opisana na grupie sąsiedzkiej na Facebooku poruszyła mieszkańców. Pod postem pana Rafała pojawiło się ponad 100 komentarzy. Większość z nich zwracała uwagę, że kierowca miał go tego prawo.

"Przecież takie są przepisy i to ze względu na bezpieczeństwo pasażerów - w tym tej pani z wózkiem i dzieckiem!" - odezwała się Patrycja.

"Jakby był wypadek i coś by się stało matce, to wszyscy krytykowaliby kierowcę, że nie zastosował się do regulaminu przejazdu" - tłumaczył Mateusz.

Kierowca autobusu do pasażera: "Cmoknij mnie w pompę. Ja tu jestem panem, jak będę chciał, to otworzę". Nagranie z awantury

Znaleźli się jednak i tacy, którzy rację przyznawali pasażerce:

"Taka nagonka jest w mediach, aby rodzić dzieci. I co potem? Wszyscy mają pretensje, że matka z dzieckiem w wózku chce podjechać gdzieś autobusem albo, że dziecko płacze i trzeba je uciszyć. Wszystkim wszystko przeszkadza" - skomentowała Anna.

Kierowca musi dbać o bezpieczeństwo

Michał Grobelny, rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego, tłumaczy w rozmowie z metrowarszawa.pl, że w przepisach ZTM nie ma konkretnej informacji o tym, ile wózków dziecięcych maksymalnie można przewozić autobusem. W Warszawie jeżdżą różne pojazdy - różnią się pojemnością i zakresem udogodnień dla pasażerów.

- Pomimo tego, należy pamiętać, że to, ile wózków można w danym pojeździe bezpiecznie przewieźć, wskazuje homologacja autobusu - wyjaśnia Grobelny.

Rzecznik mówi także, że kierowca ma prawo do podjęcia decyzji o wyproszeniu kogoś z pojazdu. Najważniejszym obowiązkiem kierującego jest bowiem zapewnienie pasażerom bezpiecznego przejazdu.

Jeśli miejsca na wózki w autobusie są już zajęte i kolejna osoba chce wejść z wózkiem, to kierowca samodzielnie musi podjąć decyzję, czy nie stworzy to zagrożenia dla pozostałych przewożonych osób, jak również dla samego dziecka siedzącego w tym wózku. Wystarczy gwałtowne hamowanie, o które w ruchu miejskim nietrudno i może dojść do bardzo niebezpiecznej sytuacji
- mówi Michał Grobelny. Podkreśla również, że nie może skomentować konkretnego przypadku, do którego doszło we wtorek w autobusie linii 140, ponieważ nie zna wszystkich okoliczności zdarzenia.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Nigdy nie powinieneś niszczyć tego chwastu. To jedno z najzdrowszych ziół.



Portulaka pospolita jest chwastem, który może rosnąć również na Twoim podwórku. Jest to dość powszechna roślina, ale jednocześnie mało kto wie o jej niezwykłych korzyściach dla zdrowia.



Zanim znowu potraktujesz ją jako niepotrzebny chwast, który trzeba wyrwać, może akurat polepszy Twoje zdrowie.


#1. Pasuje do Twojej diety
Jest to niskokaloryczna roślina, którą doceniają dietetycy. Oprócz tego, że portulaka jest lekka i bogata w błonnik pomaga też zmniejszyć apetyt.




#2. Jest bogata w kwasy omega-3
Roślina ta zawiera więcej kwasów tłuszczowych omega-3 niż jakikolwiek warzywo liściaste. Znaczy to, że dodanie już niewielkiej ilości tych chwastów do diety może pozytywnie wpłynąć na sen, nastrój, a nawet reumatoidalne zapalenie stawów.


#3. Świetne źródło potasu
Portulaka zawiera blisko 250 mg potasu w pojedynczej porcji. Znaczy to, że może obniżyć ciśnienie, zmniejszyć lęk i pomóc szybciej odzyskać siły po wyczerpującej aktywności fizycznej. Jest to obowiązkowy element diety dla każdego sportowca, w każdym wieku.



#4. Świetna dla odporności i wzroku
Roślina ta oprócz ogromnej ilości kawasów tłuszczowych omega-3 wygrywa z innymi warzywami w ilości witaminy A, która wpływa na wzrok, zęby, kości i ogólną odporność.


#5. Wypełniona wapniem
Jeśli chcesz utrzymać aktywny styl życia, szczególnie z postępującym wiekiem, ważne jest to, aby skupić się na odpowiedniej ilości wapnia. Portulaka zawiera aż 28 mg na porcję!




#6. Nietypowy smak
Mimo iż nie smakuje każdemu, w wielu eleganckich restauracjach powstały menu zbudowane właśnie wokół tego chwastu. Dobrze przyrządzona portulaka powinna uzupełniać łagodne posiłki.


Jeżeli nie chcesz spożywać jej w daniach jako zieleniny, możesz stworzyć z nią smoothie! Dodaj do niej truskawki, jeżyny i czereśnie, a na pewno taki napój Ci posmakuje!


Czy wiedziałeś, że ten chwast ma aż tyle zastosowań?


Ten chłopak był martwy przez 20 minut. Nagle wrócił mu puls. To co powiedział później jest szokujące.



17-letni Zack Clemens nagle stracił przytomność podczas lekcji WF-u. Doszło do zatrzymania akcji serca. Przez 20 minut chłopiec nie dawał oznak życia... był martwy.



W ciągu kilku sekund ten zdrowy, aktywny nastolatek leżał na ziemi i nie dawał oznak życia.
Przez 20 minut chłopak nie miał pulsu. Był w stanie śmierci klinicznej. Gdy lekarze byli już gotowi uznać go za zmarłego, nagle wrócił mu puls. Zack żył i po trzech dniach wybudził się ze śpiączki, bez najmniejszych oznak uszkodzenia mózgu.


To, co nastolatek powiedział po obudzeniu się zszokowało jego rodzinę. Zaczął relacjonować to, czego doświadczył w ciągu 20 minut „śmierci” i wszyscy dosłownie przecierali oczy z niedowierzania.



Zack miał objawienie. Widział mężczyznę z długimi, brązowymi włosami i brodą. Zrozumiał, że to Jezus. Jezus podszedł do chłopca, położył mu dłoń na ramieniu i powiedział, że wszystko będzie w porządku. Nastolatek poczuł wtedy, jak ogarnia go spokój. Rodzice Zacka wierzą mu i uznają zdarzenie za prawdziwy cud.


Niedowiarkowie powiedzą, że albo chłopak kłamie, albo po prostu śnił. My chcemy jednak wierzyć, że ktoś jednak nad nim czuwał. Co sądzicie na ten temat?


Szokujący eksperyment blogerów: Przygotowali taką samą listę zakupów i zrobili je w Polsce i Niemczech, a następnie porównali. Nie uwierzysz, jaki jest wynik!

  Polscy młodzi blogerzy: Dawid i Kuba wpadli na pomysł, aby sprawdzić, gdzie można kupić taniej? W Polsce czy w Niemczech? Przygotowali ...